misjonarze skazani na śmierć

przez Maciej Pasiński updated 24 kwietnia 2023, 11:58. Skazany na śmierć to jeden z pierwszych amerykańskich seriali, które zdobyły dużą popularność w Polsce. Fabuła skupia się wokół braci: Michaela oraz Lincolna. Bohaterowie starają się uciec z amerykańskiego więzienia. Jak dobrze pamiętasz serial Skazany na śmierć Wyślij do nas swoje intencje, a nasi Misjonarze ofiarują Msze święte przez kolejne Pierwsze Piątki miesiąca w Twoich intencjach, wspierając Cię modlitwą, abyś wytrwał w dobrych postanowieniach. Poproś misjonarza Werbistę, aby modlił się w Twoich intencjach, gdy odprawia Mszę. To również prezent duchowy, który możesz Tłumaczenie hasła "Skazany na śmierć" na niemiecki. Prison Break jest tłumaczeniem "Skazany na śmierć" na niemiecki. Przykładowe przetłumaczone zdanie: Tak czuje się człowiek skazany na śmierć. ↔ So fühlte es sich an, hingerichtet zu werden. Skazany na śmierć. + Dodaj tłumaczenie. Sąd w tzw. Donieckiej Republice Ludowej skazał na karę śmierci dwóch Brytyjczyków i Marokańczyka za to, że walczyli po stronie Ukrainy. Bojownicy zarzekają się, że wykonają karę śmierci na schwytanych cudzoziemcach, jeśli tak zdecyduje lokalny sąd. Skazani na śmierć to dwaj Brytyjczycy Shaun Pinner i Aiden Aslin oraz obywatel Maroka… Słońce Wielkiego Piątku, rozświetliwszy najpierw doliny Pustyni Judzkiej, wynurza się zza Góry Oliwnej. Siedemdziesięciu jeden członków Sanhedrynu, najwyższej instancji żydowskiej, otoczyło półkolem Jezusa. Zgodnie z przyjętymi procedurami rozpoczyna się przesłuchanie. Spraw­dzanie tożsamości, formułowanie zarzutów nonton film danur 2 full movie lk21. Bujumbura, 3 luty 2000 r. Często misjonarz woła i prosi w imieniu tych, którzy nie mają głosu, albo nie dopuszcza się ich do głosu. Dziś w tym liście chciałbym mówić w imieniu tych, którzy pozbawieni są głosu, ponieważ są od lat w więzieniu. Jezu, ufam Tobie ! Pierwszym zadaniem misjonarza jest głoszenie Dobrej Nowiny o zbawieniu tym, do których został posłany. To głoszenie musi iść w parze ze świadectwem miłości, którą żyje i praktykuje misjonarz. Często misjonarz woła i prosi w imieniu tych, którzy nie mają głosu, albo nie dopuszcza się ich do głosu. Dziś w tym liście chciałbym mówić w imieniu tych, którzy pozbawieni są głosu, ponieważ są od lat w więzieniu. Odwiedzam często więzienie w Mpimba dzielnicy Bujumbura. Spieszymy im z pomocą duchową i materialną. Długo będę pamiętał Mszę św. odprawioną w więzieniu w Boże Narodzenie. Więźniowie przystroili kaplicę /raczej teren pod kaplicę/ kolorowymi wstążkami, a chór przygotował pieśni kościelne w kilku językach. Credo było śpiewane po łacinie, Ojcze nasz w kiswahili, inne pieśni w kirundi i po francusku, Pierwsze i drugie czytanie też były śpiewane. Ks. Emmanuel, kapelan więzienia musiał jechać jeszcze raz do domu, by przywieźć kadzidło. Msza św. z tańcami i śpiewami trwała prawie trzy godziny. Oni naprawdę się modlili. Jest inna grupa więźniów, którzy nie mogą brać udziału z innymi więźniami we Mszy św. Są to mężczyźni skazani na śmierć. Dla nich oprawiłem Mszę św. dwa tygodnie po świętach Bożego Narodzenia w piątek. Najpierw we czwartek pojechaliśmy ich wyspowiadać. Było ich około 60. Z wielką skruchą przystępowali do spowiedzi, wielu z nich zostało skazanych niesłusznie, na podstawie donosów. We Mszy św. zachęcałem ich do ufności w miłosierdzie Boże. Dla Pana Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Może władze zmienią wyrok i wrócą niektórzy do swoich rodzin. Mówiłem im o Roku Jubileuszowym, który jest wezwaniem do przebaczenia i pojednania. Jezus Chrystus, nasz brat przeżywa głęboko, że jego bracia cierpią i są skazywani na śmierć. Po Mszy św. wielu z nich przyszło do mnie ze swoimi sprawami i listami od rodzin. Kupiliśmy dla nich książeczki do nabożeństwa. Zabieram recepty, aby im kupić lekarstwa, o które proszą. Mam pomysł, aby Leopolda z Mpinga, który skazany jest na 20 lat więzienia nauczyć robić różańce. Należy on do Legionu Maryi. O różańce wciąż mnie proszą więźniowie i strażnicy. Ostatnio otrzymaliśmy z Biura Misyjnego w Krakowie ziarenka, drut i krzyżyki do robienia różańców. Po Mszy św. w więzieniu odbywają się zebrania różnych stowarzyszeń kościelnych. Zapowiedziano, że za dwa tygodnie odbędą się wybory do komitetu parafialnego. W stolicy mają swą siedzibę różne organizacje humanitarne. One przeprowadzają wizyty w więzieniu, sprawdzają jak odbywają się sądy. Z tego powodu od kilku lat nie wykonuje się wyroków śmierci w tym więzieniu, w samej stolicy. W więzieniu mnie już znają, dlatego bez większych trudności mogę odwiedzać więźniów. Skazani na śmierć są izolowani od innych więźniów. Aby z nimi się widzieć, trzeba osobnego pozwolenia od dyrektora więzienia. Zauważyłem, że w więzieniu jest jeden biały i Afrykańczycy z sąsiednich krajów. Z okazji Bożego Narodzenia więźniowie otrzymali ryż. Z Radia Bujumbura dowiedzieli się, że były święcenia Barutwanayo w Musongati i składali mu gratulacje. Wziąłem raz ze sobą do więzienia brata Hieronima, który tu spotkał swoich kolegów ze szkoły średniej i znajomych ze swojej parafii Ntita. Może w jeszcze większej biedzie żyją ludzie, którzy są w obozach z dala od swoich domów. Słyszymy, że w tych obozach dużo ludzi umiera, panuje cholera i krwawa biegunka. Na zebraniu księży z diecezji Bujumbura postanowiono, że w Wielkim Poście będą urządzane zbiórki dla ludzi zmuszonych do życia w obozach. Będą też „pielgrzymki” do tych obozów na znak solidarności z nimi. Od jakiegoś czasu nasiliły się ataki różnych grup i wojska na biedną ludność w okolicach Musongati. Ludzie opuszczają wioski i szukają schronienia gdzie indziej. Nie możemy tracić nadziei, nie ustajemy w modlitwie o pokój i pojednanie w Burundi. W imieniu tych najbardziej pokrzywdzonych i więźniów prosimy Was Drodzy Przyjaciele Misji, o modlitwy i pamięć i znak solidarności. Serdecznie Was pozdrawiam i życzę obfitych łask w Roku Jubileuszowym. o. Eliasz Trybała OCD Michael Rockefeller miał zostać zjedzony przez papuaskich kanibali. O tej historii mówił cały świat. Co tak naprawdę wydarzyło się w 1961 roku? Michael Rockefeller, świeżo upieczony absolwent wydziału antropologii Uniwersytetu Harvarda, wyruszył w 1961 roku do Papui na zlecenie ojca. Nelson Rockefeller, burmistrz Nowego Jorku, polecił mu zgromadzić kolekcję sztuki plemiennej dla ufundowanego przez rodzinę nowojorskiego Metropolitan Museum of Art. Po kilku miesiącach spędzonych w Dolinie Baliem Michael pojechał na południe wyspy ku wybrzeżu Morza Arafura. To tereny plemienia Asmatów, które cieszyło się opinią najbardziej wyrafinowanych rzeźbiarzy Oceanii, ale także łowców głów i kanibali. Wcześniej do kolekcji Rockefellerów trafiały przypadkowe dzieła sztuki z Papui, zbierane przez oficerów wojska, urzędników kolonialnych i nielicznych misjonarzy. Ustalenie pochodzenia tych eksponatów było często niemożliwe. Dlatego Michael postanowił zrobić coś, czego nikt przed nim nie dokonał – dotrzeć do samego źródła. Ruszył do „jądra ciemności”. Sztuka plemienna Papuasów z kolekcji Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku. fot. DEA / ARCHIVIO J. LANGE / Contributor / Getty Images Przez kilka miesięcy podróżował po asmackich wsiach, zbierając i dokumentując sztukę oraz wowipitsj (rzeźbiących w drewnie). Potem wypłynął w stronę Wybrzeża Kazuarin. 17 listopada 1961 roku, kilka kilometrów od brzegu, wzburzone fale przewróciły kilkunastometrowy katamaran. Na pokładzie był Michael Rockefeller i holenderski antropolog Rene Wassing oraz lokalni przewodnicy, którzy od razu popłynęli wpław po pomoc. Ta jednak nie nadchodziła. Po dwóch dniach dryfowania łódź oddaliła się 20 km do brzegu. Zniecierpliwiony Michael postanowił popłynąć do brzegu wpław. Był młody, silny i wierzył, że w kilkanaście godzin dotrze do celu. Na wszelki wypadek obwiązał się liną, do której przytroczone były dwa kanistry po paliwie. Wczesnym rankiem ruszył w stronę majaczącego na horyzoncie lądu. Po kilkudziesięciu minutach zniknął towarzyszom z oczu i ślad po nim zaginął. Zaginiony milioner Dzisiaj, w dobie telefonów komórkowych, GPS i łączności satelitarnej, trudno wyobrazić sobie taką sytuację. Jednak ponad pół wieku temu mimo wyznaczenia nagrody i zorganizowania trwającej wiele miesięcy akcji poszukiwawczej, w którą zaangażowały się setki osób, nie udało się trafić na ślad zaginionego antropologa. Mnożyły się spekulacje – nikt nie chciał uwierzyć, że Michael Rockefeller po prostu utonął w płytkich przybrzeżnych wodach. Bardziej prawdopodobne wydawało się, że padł ofiarą rekina lub jednego z potężnych słonowodnych krokodyli różańcowych, wówczas często spotykanych w tych wodach. Sugerowano też, że antropolog w otoczeniu tubylców zaszył się w głębi dżungli, niczym Kurtz, bohater „Jądra ciemności” Josepha Conrada, albo zginął z rąk kanibali. Żaden z wariantów nie znalazł jednak potwierdzenia w faktach i w 1964 roku Michael Rockefeller został uznany za zmarłego. Przez dekady jego legenda przyciągała do Papui awanturników i łowców przygód. Ponoć pod koniec lat 70. rodzina Rockefellerów wynajęła prywatnego detektywa, któremu w jednej z wiosek Asmatów udało się wymienić silnik do łodzi za trzy czaszki białych. Miejscowi utrzymywali, że to szczątki jedynych trzech białych, jakich zabito i zjedzono w tym rejonie. Czy jedna z nich należała do zaginionego antropologa i czy znalazca otrzymał ćwierć miliona dolarów nagrody za jej przywiezienie do Stanów Zjednoczonych – nie wiadomo. Rockefellerowie nigdy nie potwierdzili ani nie zdementowali tych pogłosek. Znani z praktyk kanibalistycznych Asmatowie żyją w indonezyjskiej części Nowej Gwinei. / fot. Arne Hodalic/CORBIS/Corbis via Getty Images Wzmianki o śmierci Rockefellera pojawiają się we wspomnieniach Tobiasa Schneebauma, kolekcjonera sztuki, który spędził pod koniec lat 70. wiele miesięcy na terenach Asmatów, żyjąc wśród miejscowych i kontynuując pracę Michaela. Ponoć w jednej ze wsi Schneebaum spotkał wojowników, którzy przyznali się do udziału w zabiciu i zjedzeniu białego antropologa. Biorąc pod uwagę kultywowane przez Asmatów tradycje, wersja ta wydawała się wielce prawdopodobna. Kim są Asmatowie? Jako pierwszy Asmatów opisał James Cook w dzienniku z wyprawy w 1770 roku. Jego okręt zakotwiczył u ujścia rzeki Kuti. Dwie łodzie pełne ludzi wyruszyły na poszukiwanie źródła słodkiej wody. Marynarze natknęli się na flotyllę dłubanek wypełnionych uzbrojonymi wojownikami – doszło do potyczki, w której od strzał zginęło 20 ludzi Cooka. Przez następne stulecia nieprzyjazny teren, uciążliwy klimat i ponura sława bezlitosnych łowców głów skutecznie zniechęcały kogokolwiek do prób nawiązania kontaktu i wypraw w ten rejon. Pierwsi misjonarze dotarli tu dopiero na przełomie lat 40. i 50. XX wieku. Zastali wsie pogrążone w permanentnej wojnie. Administracja holenderska podjęła próby pacyfikacji łowców głów z południa wyspy, na terenach plemion Marind-Anim i Asmat powstały posterunki wojskowe. Uczestnicy wypraw po głowy byli sądzeni i karani, jednakże jurysdykcja władz kolonialnych sięgała zaledwie kilka mil od posterunku. Do początku lat 60. XX wieku tereny te znajdowały się pod kontrolą holenderską jako część Holenderskich Indii Wschodnich. Dzisiaj wsie położone na wybrzeżu Morza Arafura należą do Indonezji. Mają stały kontakt ze światem – w większości umieszczono posterunki wojska i policji indonezyjskiej, a obok wsi Asmatów wyrastają osady Indonezyjczyków przesiedlonych z Jawy i Sulawesi. Najniebezpieczniejszy region świata Południe Nowej Gwinei to jeden z najmniej przyjaznych ludziom rejonów świata. Od stóp Gór Śnieżnych po brzeg Morza Arafura ciągnie się kilkusetkilometrowej szerokości pas bagnistej nizinnej dżungli, poprzecinanej gęstą siecią rzek o mętnej wodzie, i błotnistych kanałów zamieszkanych przez krokodyle różańcowe. Codziennie słone wody przypływu wdzierają się dziesiątki kilometrów w głąb lądu. Nie ma tu żadnych dróg, nie da się uprawiać ziemi. Do osad położonych w zasięgu pływów Morza Arafura, przylepionych do błotnistych brzegów rzek i strumieni, można dotrzeć przez kilka godzin w ciągu doby, kiedy poziom wody jest na tyle wysoki, że wydrążone w pniach drzew łodzie nie utykają w błocie. Przez resztę czasu wsie są odcięte od świata. Ludzie skazani są na to, co uda im się złowić w morzu i rzekach oraz to, co zrodzi nieprzyjazna dżungla. A ta wbrew pozorom rodzi niewiele – półdzikie banany, sago i dziki tytoń – często w miejscach oddalonych o wie-le godzin drogi łodzią od wsi. Zdobywanie jedzenia zajmuje dużo czasu, wsie sprawiają przez większą część dnia wrażenie całkowicie wyludnionych. Ich mieszkańcy koczują w dżungli w pobliżu gajów palm sagowych lub na terenach łowieckich. Osady liczą na ogół kilkanaście lub kilkadziesiąt domów, skupionych wokół jeu – stojącego frontem do brzegu długiego domu mężczyzn. Jeu jest sercem wspólnoty – odbywają się tam wszystkie przygotowania do ceremonii i obrzędów. Do domu wstęp mają tylko mężczyźni – śpią tam, rzeźbią lub po prostu chronią się przed upałem i kobietami, palą tytoń. Każdy z klanów zamieszkujących wioskę ma w długim domu (lub w jednym z kilku długich domów, jeśli wieś jest większa) swoje palenisko, strzeżone przez rzeźby wyobrażające przodków. Lud Asmatów do dzisiaj fascynuje antropologów. / fot. Francois Gohier/VW PICS/Universal Images Group via Getty Images Nad paleniskiem przechowywane są należące do klanu przedmioty ceremonialne: bębny, maski i zdobyte w czasie wypraw wojennych głowy. Asmaci wyprawiali się po nie od zawsze, a w bardziej oddalonych od cywilizacji wspólnotach obyczaj ten był w skrytości kultywowany do niedawna. Jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu zdarzało się, że ludzie znikali bez wieści, a po pewnym czasie w jednej z sąsiednich wsi pojawiały się nowe trofea. Świeżo zdobyta głowa była niezbędnym rekwizytem rytuałów inicjacyjnych, a liczba zdobytych głów stanowiła o statusie społecznym mężczyzny. Kim są kanibale Wyprawom wojennym i zdobywaniu głów towarzyszył kanibalizm. Aczkolwiek mocno osadzony w obrzędach i ceremoniach, miał on w tym rejonie bardzo prozaiczne podłoże. Ludzkie mięso stanowiło istotne uzupełnienie diety ubogiej w białko zwierzęce – człowiek, obok przypominających strusie nielotnych kazuarów, krokodyli i dzikich świń, był w dżungli Nowej Gwinei podstawową zwierzyną łowną. Ciała zabitych wrogów były ćwiartowane i sprawiane wedle reguł przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Mięso z odciętych kończyn i trzewi po upieczeniu w ogniu mieszano z mąką z sago. Tak powstawał święty chleb, którym częstowano wszystkich uczestników uczty. Wszyscy też nacierali się krwią zabitego zmieszaną z popiołem z opalonych z głowy włosów. Dzięki temu mogli się z nim zjednoczyć. Z upieczonej głowy zdejmowano skórę. Ciosem kamiennej siekiery wybijano w czaszce otwór, od tego momentu siekiera nosiła imię zabitego. Przez otwór liściem palmy można było wygrzebać mózg – zmieszany z mąką sagową i upieczony w liściu był zarezerwowany dla starszyzny. Jedno z ostatnich zdjęć Michaela Rockefellera / fot. Jan Broekhuijse Czaszka pozbawiona żuchwy (na wszelki wypadek, gdyby zmarły postanowił chcieć się zemścić) ozdabiana była plecionką z paciorków i nasion, piórami, i wieszana nad paleniskiem jako trofeum potwierdzające status społeczny zabójcy. Kanibalizm praktykowała większość mieszkańców Nowej Gwinei. Choć zakazany i surowo tępiony przez władze indonezyjskie, okazał się tak głęboko zakorzeniony w kulturze i wierzeniach, że niektóre plemiona żyjące w głębi interioru – jak chociażby Korowajowie – kultywują go do dziś. To właśnie opowieści o kanibalach przyciągają w ten nieprzyjazny rejon turystów. W dzisiejszych czasach biali mogą czuć się względnie bezpiecznie – wszystko wskazuje, że w całym XX w. w regionie zaginęło zaledwie kilku przybyszów z zewnątrz. Kto zjadł Rockefellera? Wszystko wskazuje na to, że tak. Kilka lat temu zafascynowany legendą Rockefellera amerykański reporter Carl Hoffman zaczął zgłębiać archiwalne materiały dotyczące okoliczności śmierci i poszukiwań zaginionego antropologa. Badania skłoniły go do wyprawy w poszukiwaniu ostatnich żyjących świadków tamtych wydarzeń. W 2012 r. wyruszył do Papui Zachodniej, by odsłonić skrywaną przez dwa pokolenia ponurą tajemnicę. Podróżując śladami antropologa dotarł do ostatnich żyjących w zagubionej wśród bagien wiosce świadków zdarzeń. Miejscowi potwierdzili najbardziej przerażającą wersję ostatnich chwil Rockefellera – przedstawiając dziennikarzowi osobliwą inscenizację śmierci. Fascynująca relacja z podróży i poszukiwań ukazała się kilka miesięcy temu w książce pod tytułem „Savage Harvest”. Okazało się, że po kilkunastu godzinach w wodzie, wyczerpany do granic sił Michael Rockefeller dopłynął do brzegu. Tam czekało na niego osiem długich łodzi z kilkudziesięcioma wojownikami ze wsi Otsjanep. Pech chciał, że kilka lat wcześniej holenderski patrol w ramach pacyfikacji zabił kilku mieszkańców tej osady. Teraz nadarzyła się okazja, by zabić kogoś z plemienia białych, podnosząc swój status społeczny i wykazując się wobec kuzynów i krewnych odwagą. Jak relacjonuje Hoffman, wojownik o imieniu Pep, nie zastanawiając się długo, wbił ostrze włóczni w brzuch białego. Towarzysze pomogli mu wciągnąć rzężące go Rockefellera do łodzi. Powiosłowali w stronę małej zatoczki, gdzie zgodnie z odwiecznymi prawidłami dopełnili obrzędu, ćwiartując i zjadając ciało. W ten sposób na pewien czas przywrócili zachwianą, ulotną równowagę. Rodzina Rockefellerów. Michael stoi u góry po prawej. fot. Keystone/Hulton Archive/Getty Images Czy opisana w książce historia zamyka sprawę? Wersja Hoffmana wydaje się wiarygodna i osadzona w realiach rejonu. Niestety nie ma twardych dowodów – można domniemywać, że jedna z trzech czaszek białych przywiezionych przez detektywa była w istocie czaszką Rockefellera. Mogłyby potwierdzić to badania DNA, ale tu ruch należy do rodziny Rockefellerów. Śmierć Michaela była dla nich, zwłaszcza dla siostry antropologa, olbrzymią traumą, trudno się więc dziwić, że nie chcą już drążyć sprawy i pozostawili książkę bez komentarza. Sprawdź, jak dobrze znasz europejskie stolice [QUIZ WIEDZY NATIONAL GEOGRAPHIC] Pytania 1 | 10 Jakie miasto jest na zdjęciu? W katowickiej Katedrze pod przewodnictwem abp. Wiktora Skworca świętowano Dzień Męczeństwa Duchowieństwa Polskiego. Uroczystość wpisuje się w przygotowania do beatyfikacji Sługi Bożego ks. Jana Wiktor Skworc przypomniał w homilii, że do obozu w latach 1940-45 trafiło ponad duchownych z całej Europy. Największą grupę stanowili duchowni z okupowanej Polski, bo było ich ok. 1800. Połowa z nich nie przeżyła obozu. Jednym z tych, którzy przeżyli był ks. bp Ignacy słowie skierowanym do wiernych metropolita katowicki wspominał też wydarzenia z Warszawy z 2002 roku. Trwało wtedy zebranie plenarne Konferencji Episkopatu Polski. Wtedy biskup diecezji koszalińskiej Ignacy Jeż (późniejszy kardynał nominat), wniósł petycję, aby dzień 29 kwietnia, datę wyzwolenia obozu w Dachau, ustanowić Dniem Męczeństwa Duchowieństwa Polskiego. Jak podkreślał abp Skworc - wniosek został 2010 roku, kiedy trwał ogłoszony przez papieża Benedykta XVI-go Rok Kapłański, polscy biskupi świętowali m. in. na Jasnej Górze pielgrzymując do Czarnej Madonny. - Nasuwało się pytanie – jakie votum – poza darem ofiarnej, codziennej posługi duszpasterskiej zaniesie duchowieństwo polskie przed tron Jasnogórskiej Królowej Polski. Odżywa pamięć o wszystkich duchownych ofiarach dwóch totalitarnych systemów – hitlerowskiego i sowieckiego; o 108 beatyfikowanych i o większości, niebeatyfikowanej przez Kościół, ale i niezapomnianej - wspominał zrodziła się inicjatywa Księgi upamiętniającej wszystkie osoby duchowne, które w latach II wojny światowej oddały życie za Kościół i Ojczyznę. Wówczas przełożeni i klerycy tarnowskiego seminarium przygotowali Księgę Pamięci, która zawiera prawie trzy tysiące (2947) nazwisk księży, misjonarzy, a także alumnów i braci zakonnych, którzy zginęli w obozach koncentracyjnych, łagrach sowieckich, na zesłaniu na Wschodzie, czy podczas pełnienia posługi misyjnej. - Wszystkie imiona i nazwiska pisane są ręcznie, atramentem na białych kartach papieru przez alumnów; poszczególne strony różnią się charakterem pisma, wskazując pośrednio na indywidualne i różnorodne losy duchownych – męczenników II wojny światowej - wskazywał tak powstała „Księga upamiętniająca kapłanów którzy zginęli z rąk hitlerowców w czasie II wojny światowej oraz tych którzy zostali skazani na śmierć przez reżim komunistyczny tak w czasie wojny jak i również po jej zakończeniu a także misjonarzy męczenników, alumnów i braci zakonnych”. 1 maja 2010 r. została ona złożona w darze na Jasnej Górze podczas Ogólnopolskiej Pielgrzymki przypomina metropolita katowicki, drugim darem dołączonym do Votum Kapłanów Polskich była urna z ziemią z miejsc naznaczonych męczeństwem polskiego duchowieństwa. - Widnieją na niej następujące miejscowości: Auschwitz-Birkenau, Dachau, Katyń, Moskwa, Nikolsk, Nyrolsk, Sachsenhausen i Sztum - księdze tej na stronie 72, pod numerem 1473 odnajdziemy nazwisko i imię: ks. Jan Macha, diecezja katowicka, zmarły w 1942 r. - Nie został beatyfikowany w 1999 r. razem z katowickimi męczennikami ks. Emilem Szramkiem i ks. Józefem Czempielem. Nie był też zapomniany. Niejako – w swoim czasie upomniał się o sobie, bo każdy Święty ma swój czas! - mówił arcybiskup wskazując, że beatyfikacja ks. Machy planowana jest na 17 października tego homilii hierarcha odniósł się do tego, jak wyglądała droga Sługi Bożego do męczeństwa, czyli śmierci pod gilotyną w katowickim więzieniu w pierwszych godzinach 3 grudnia 1942 r. - Po wybuchu II wojny światowej – dostrzegł na Górnym Śląsku jej cywilne ofiary – rodziny, młodzież i dzieci pozbawione ojców, a co za tym idzie i środków do życia; dostrzegł strach paraliżujący sąsiadów, a nawet krewnych i zaczął organizować pomoc charytatywną - podkreślał dodając, że wokół młodego księdza zebrała się młodzież, harcerze, studenci, którzy "rozsiewali dobro" i "przynosili światło nadziei."Metropolita przypomniał, że we wrześniu 1941 roku misja ks. Machy została brutalnie przerwana. Został aresztowany, umieszczony w więzieniu, w końcu skazany na karę śmierci. 138 dni czekał na wykonanie wyroku. - W tej sytuacji błogosławił Boga, próbował odkryć, jaki jest Boży plan i modlił się - podkreślał metropolita Jan Macha, kapłan diecezji katowickiej, zginął 3 grudnia 1942 roku. Jego ciało spalono w krematorium obozu w Skworc na koniec homilii zacytował ostatnie zdanie z dzisiejszej Ewangelii: „To jest wolą Ojca mego, aby każdy kto widzi Syna i wierzy w Niego, miał życie wieczne. A Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym” ( J,6, 40) zaznaczając, że jest to idealny komentarz do życia ks. Jana Machy. Na 8 kwietnia Sąd Najwyższy w Lahaurze – stolicy pakistańskiej prowincji Pendżab – wyznaczył rozprawę odwoławczą chrześcijańskiego małżeństwa, skazanego w 2014 na karę śmierci za tzw. bluźnierstwo. Ich katolicki obrońca Khalil Tahir Sandhu w rozmowie z watykańską agencją prasową Fides wyraził „ufność” co do pomyślnego wyniku orzeczenia sądowego, gdyż – jak dodał – „nie ma żadnych przekonujących dowodów ich winy, a cała sprawa jest wyraźnie spreparowana”. Szafqata Emmanuela i Szaguftę Kausar z miasteczka Gjra w Pendżabie skazano w 2014 na śmierć za rzekome wysyłanie SMS-ów, zawierających bluźnierstwa wobec islamu i proroka Mahometa. Tymczasem, według adwokata, owe SMS-y były napisane po angielsku, podczas gdy oboje małżonkowie, mający czworo dzieci, nie potrafią pisać w urzędowym języku Pakistanu – urdu, a tym bardziej po angielsku. „Ich proces przed sądem pierwszej instancji odbywał się pod naciskiem islamistów” – zaznaczył prawnik. Dodał, że odwołanie do sądu apelacyjnego w Lahaurze rozpatrywano sześć lat a „ta powolność wymiaru sprawiedliwości, która, według niektórych, jest szczególnie podkreślana wobec ofiar chrześcijańskich, sama przez się jest czymś negatywnym, wzmagającym cierpienia obojga niewinnych”. Obecnie w Pakistanie jest 25 chrześcijan oskarżonych o bluźnierstwo, w tym 6 skazanych na śmierć. Zdaniem Sandhu, który w swej karierze zawodowej wielokrotnie bronił wyznawców Chrystusa, oskarżanych niesłusznie o to przestępstwo, wszystkie ofiary „są bezpieczniejsze w więzieniu niż na wolności”. Poza murami zakładów karnych są bowiem narażone na akty zemsty ze strony radykałów islamskich, usiłujących zabijać tych, którzy – według nich – dopuścili się znieważenia islamu, zanim jeszcze rozprawa sądowa ewentualnie uzna tych podejrzanych za winnych. Oczekująca obecnie na rozprawę odwoławczą Szagufta Kausar znała dobrze Asię Bibi – pakistańską chrześcijankę skazaną w 2009 za bluźnierstwo i uniewinnioną w 2018, która w ostatnim okresie uwięzienia była jej koleżanką w celi. Obecnie oboje małżonkowie liczą na wsparcie ze strony krajowej i międzynarodowej opinii publicznej oraz samej Asii Bibi, która teraz jest wolna i przebywa dziś we Francji, gdzie chciałaby uzyskać azyl. Tworzymy dla Ciebie Tu możesz nas wesprzeć. Dwaj polscy misjonarze zamordowani 23 lata temu w Peru przez terrorystów z maoistowskiego ugrupowania Świetlisty Szlak dołączą do grona męczenników komunizmu. Niebawem w Watykanie zostanie ogłoszony dekret kończący proces beatyfikacyjny ojców Zbigniewa Strzałkowskiego i Michała Tomaszka z zakonu franciszkanów konwentualnych. Do zbrodni doszło 9 sierpnia 1991 r. w Pariacoto, niewielkiej miejscowości w peruwiańskich Andach. Ojcowie Zbigniew i Michał (nazywany Miguelem) dzień zaczynają od mszy św. Kiedy błogosławią wiernych na zakończenie Eucharystii, za drzwiami kościoła El Senoro de Mayo czają się uzbrojeni bandyci ze Świetlistego Szlaku. Gdy tylko księża wychodzą, napadają na nich. Żądają kluczyków do zakonnego samochodu. Żaden z parafian nie protestuje. Wszyscy się boją. Bojówkarze wiążą ręce duchownym i wiozą ich w kierunku miasteczka. Zakonnikom towarzyszy na własne życzenie siostra Bertha. Po drodze odbywa się „sąd” nad księżmi. Zostają „skazani” na śmierć za podjudzanie modlitwą, kultem świętych i mszą przeciw rewolucji, za okłamywanie ludu Biblią. Po „procesie” bojówkarze wyrzucają zakonnicę. Biorą za to kolejnego zakładnika – wójta. Jadą dalej. Zatrzymują się kilka kilometrów za Pariacoto. Tam mordują kapłanów i urzędnika. Po ucieczce bandytów ciała ofiar znajdują mieszkańcy wioski. Misjonarze i wójt leżą twarzami do ziemi. Na ich zmasakrowanych głowach wyraźnie widać otwory po kulach. Maoistowscy terroryści zostawiają na ciele ojca Zbigniewa kartkę z napisanym krwią zdaniem: „Tak giną pachołki imperializmu”. Ciała dwóch męczenników pochowano nieopodal kościoła Pariacoto. Wierni idący w kondukcie żałobnym nie tylko opłakiwali swoich księży. W poczuciu winy za brak reakcji na uprowadzenie duchownych śpiewali pieśń „Wybacz, Panie, swojemu ludowi”. Proste kamienne groby misjonarzy są nawiedzane przez wiernych nie tylko z Pariacoto, ale także z zagranicy, w tym z Polski. Miejscowi mówią o zamordowanych polskich franciszkanach „nasi święci męczennicy”. Proces beatyfikacyjny franciszkanów rozpoczął się w 1996 r. Wydanie dekretu o męczeństwie Polaków nastąpi w najbliższym czasie. Jak podał portal internetowy Katolickiej Agencji Informacyjnej emerytowany biskup Chimbote w Peru, Luis Armando Bambarén Gastelumendi SJ poinformował swoich diecezjan, że niebawem można spodziewać się beatyfikacji dwóch polskich franciszkanów. Źródło: Gazeta Polska Codziennie

misjonarze skazani na śmierć